Dreams...

"Różnica między niemożliwym a możliwym leży w ludzkiej determinacji"
(Thomas Charles Lasorda) 


Odkąd pamiętam zawsze starałam się dorównać pełnosprawnym.  Do swoich ograniczeń związanych z niesprawną nogą nigdy nie przywiązywałam uwagi. Dzieciństwo minęło błyskawicznie, nie pamiętam abym czuła się jakoś gorsza od innych. W liceum największym problemem były dla mnie buty których nie mogłam nosić, a bardzo chciałam wyglądać jak inne dziewczyny, więc nosiłam. Zaciskałam zęby i doganiałam wyglądem zdrowe koleżanki. Niestety prawdziwe problemy pojawiły się w dorosłym życiu. Nikt nie prowadził mnie już za rączkę, nie było miejsca na zwolnienie z życia, to nie lekcja WF-u, że przynosiło się zwolnienie zganiając wszystko na niesprawną nogę. Nie chciałam dłużej być ciężarem dla rodziców. Chciałam być samodzielna i niezależna. 

Baza 1  NIEZALEŻNOŚĆ 

Wychowałam się na wsi, tam spędziłam młodość i na wsi mieszkam nadal. Moja pierwsza praca oddalona była od domu 30 km. Miałam to szczęście, że pracodawca zapewniał transport, więc przez 2 lata nie musiałam martwić się o dojazdy. Z czasem zmieniłam pracę, zmieniłam też miejsce zamieszkania. Połączenia autobusowe zaczęły być męczące, traciłam dużo czasu na przystankach. Traciłam też szanse na ciekawe oferty pracy bo nie posiadałam prawa jazdy. Powiedziałam sobie "Kaśka, jeśli chcesz być dalej aktywna zawodowo musisz mieć prawo jazdy! Nie ma innej opcji". 

I oto właśnie rozpoczął się dla mnie trekking do I bazy pod mój Mont Everest. 

Kiedy w 2006 roku dzwoniłam do różnych ośrodków szkoleń kierowców w słuchawce ciągle słyszałam "NIE". Żaden ośrodek w okolicy nie posiadał auta przystosowanego dla mnie. Moja prawa noga jest niesprawna. Nie ma opcji abym mogła nią manewrować przy jeździe. Potrzebowałam samochodu dla osób niepełnosprawnych albo przynajmniej z automatyczną skrzynią biegów. Niby wszędzie wszyscy dbają o równe szanse, o Polskę bez barier a ja w najbliższej okolicy nie mogłam znaleźć ośrodka który przygotowałby mnie do egzaminu. Szukałam w najbliższym mieście, szukałam trochę dalej aż w końcu usłyszałam w słuchawce magiczne "TAK".
Najpierw była wielka radość. Potem wielki smutek. Ośrodek, który dysponował autem dla osób niepełnosprawnych mieścił się 130 km od mojego domu. Zdać egzamin to jedno, zrobić kurs w moim przypadku to już prawie atak na szczyt. Moje marzenie o posiadaniu prawa jazdy było tak silne, że gdy zasypiałam jeździłam w śnie po drogach jak doświadczony kierowca. W dzień marzyłam w nocy śniłam. Tak bardzo chciałam ten cholerny dokument, że zdecydowałam się na kurs.
Jeździłam codziennie autobusem 2h w jedną stronę, 2h uczyłam się jazdy samochodem po mieście i później 2h wracałam autobusem do domu. Pamiętam jak dziś, był maj, ludzie grillowali, chodzili na spacery a ja codziennie, dzień w dzień jeździłam do wielkiego miasta aby spełnić swoje marzenie. Tak spędziłam swój urlop w 2006r. Zdałam jako jedyna z grupy za pierwszym razem. Dla takich emocji warto było włożyć tyle wysiłku. To jak wspiąć się na szczyt góry i rozkoszować pięknym widokiem. Egzamin zdałam w wieku 26 lat, trochę później niż moi znajomi ze szkoły, ale uważam że nie ma granicy wieku aby zacząć realizować swoje marzenia. 


Zanim zrozumiałam jak ważne jest posiadanie prawa jazdy gdy chcesz być aktywnym zawodowo całą swoją energię skupiałam na chorej nodze. Ciągle myślałam, że prawa jazdy mieć nie mogę, że z moją koślawą nogą nikt mi nigdy takiego dokumentu nie wyda. Nie miałam obok siebie osoby, która pokazałaby mi inny kierunek myślenia. Nie było kiedyś takich blogów, portali społecznościowych aby dotrzeć do osób podobnych do mnie i zapytać jak oni radzili sobie z trudnościami w dorosłym życiu. Do wszystkiego doszłam sama. Niestety straciłam też sporo czasu na użalanie się nad swoim losem. Narzekałam codziennie na wygląd, ograniczenia, na to że inni mają lepiej ode mnie. Moja opadająca stopa dyskwalifikowała mnie w walce o lepszy start. Lekarze skupiali się na leczeniu bólu przepisując coraz silniejsze środki przeciwbólowe (po czwartej operacji nawet uzależniłam się o ketonalu, który codziennie połykałam przy śniadaniu).  O ortezie nikt nie wspominał a ja nie kierowałam w tym kierunku swojej uwagi. Ciągle skupiałam się na tym, że czegoś nie mogę zamiast skupić się na poszukiwaniu rozwiązania. Dziś jestem twardsza, POMIMO ŻE wciąż mam pod górkę staram się niezależnie od trudności mówić TAK zamiast NIE życiu. Nad jednym tylko wciąż pracuję - póki co nie dojrzałam jeszcze do ortezy. Przyzwyczajam się do jej wyglądu na nodze. Przymierzam, oddaję i nie mam odwagi na jej zakup. Pomimo bólu przy chodzeniu, który towarzyszy mi od kilku lat, prę do przodu jak tylko się da. Pomimo trudności w zdobywaniu tego co innym podawane jest na tacy staram się iść łeb w łeb z innymi. Choć czasami trochę trudniej jest mi pokonać wyznaczoną trasę staję razem z nimi na kolejnej linii startu. POMIMO ŻE...

Komentarze

  1. Kasiu jakoś umknął mi poprzedni Twój post więc skomentuję Twoje posty poprzednie teraz. No cóż nasuwa mi się jedno słowo SZACUNEK dla takiej bohaterki jak Ty. Ja nie jestem i nigdy nie byłam tak odważna w pokonywaniu swoich lęków i z tego też powodu wiele przyjemności mnie ominęło. Cieszę się, że mówisz o tym na blogu, by pokazać, że pokonując pewne ograniczenia można żyć tak samo jak inni. Już zawsze będę Twoją fanką:):):) zdobywaj grono blogowych znajomych niech Twoje przesłanie pomoże innym. Ściskam mocno:):):)

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza